Napisane przez: adam | 05/12/2013

Morze Bałtyckie – Kalmarsund 15 dni


Z : Gdańsk do Gdańsk (17.08.2013 – 31.08.2013)
Wypływane godziny : 135 (598 Mm)
Odwiedzone porty : Hel, Władysławowo, Łeba, Grönhögen, Kalmar, Klintemaala, Byxelkrok, Bergkvara
Jacht : s/y Lady Octet ( Dufour)

Załoga : Adam Łazarski, Piotr Babańczyk, Łukasz Basiak, Przemek „Krajó” Zawrzykraj

Tak jak zapowiadałem w dziale „Planowane rejsy”  – rejs w męskim doborowym towarzystwie. Jak zawsze nie obyło się bez problemów które pokrzyżowały w znaczącej mierze nasze plany. Rozpoczęliśmy z Gdańskiej Mariny planowo 17 sierpnia, humory dopisywały, pogoda także była wyśmienita a kolejne dni miały przyniesć południowe wiatry o umiarkowanej sile 3-4 B. Nic tylko rzucać cumy i w drogę. Na początku było super i nic nie zapowiadało większych problemów z jachtem, do Helu wszystko pracowało wysmienicie, silnik spisywał się dobrze, żagle pracowały ładnie. Zatrzymaliśmy się w Helu aby złapać oddech i potkać się z zaprzyjaźnioną załoga jachtu Radian. Pod wpływem sugestii znajomych  Kraja zdecydowaliśmy się zmienić plany aby skorzystać z dobrego południowego wiatru i pokonać drogę do Szwecji zamiast odkładać się na Kłajpedę w której podobno „nic ciekawego nie ma” i przecież zawsze można tam popłynąć bo „jest blisko”, co innego szkiery – nie można ich nie zobaczyć! Nie sposób było nie zgodzić się z tą argumentacją – szkiery są ładniejsze i gdyby zabrakło na nie czasu w drugiej czesci rejsu pozostał by duży niesmak. W końcu i tak zdążymy pewnie wrócić przez Litwę i Łotwę – najwyżej skrócimy sobie drogę omijajac Ventspils.

Rano mieliśmy już małą obsówę bo wyruszyliśmy koło 11.00 i może to i zmiana pierwotnych założeń rejsu zwróciła na nas uwagę Neptuna który od tej chwili zaczął nam rzucać kłody pod nogi.  Ruszyliśmy w drogę do Szwecji, oplyneliżmy Hel i odłożyliśm się na kurs mniej więcej 310 który powinien wyprowadzić nas za kilkadziesiąd godzin gdzieś w rejon cieśniny Kalmarskiej. Żegluga szła dość dobrze robiliśmy 3-4 wezły, bez rewelacji ale tragedii nie było czasem dysponowaliśmy. Problemy zaczeły się późnym popołudniem ok 14 Mm na NNW od Rozewia kiedy dopadła nas „thunderstorm” z towarzyszącym porywistym wiatrem ok 4-5 B zawiał centralnie z W i wymusił na nas czasowe właczenie silnika w celu dostosowania żagli do rozpoczynających się mało ciekawych warunków na morzu. Silnik odmówił posłuszeństwa po kilku minutach pracy nagle zagrzał się i zasygnalizował to długim piskiem który do tej pory słyszę w głowie i czerwoną złowieszczą lamką na tablicy rozdzielczej. Myślę że nie raz będziemy go jeszcze wspominać przy piwie. Tak czy inaczej pozostaliśmy bez napędu walcząc z żaglami które jak się okazało przy silniejszym wietrze robią się bardzo niepokorne szczególnie roler foka który do tej pory chodził sprawnie nie miał zamiaru ponownie się rozwinąć w obec tej niespodziewanej sytuacji nasze szanse w żegludze pod wiatr były marne. Dopiero po około godzinie udało się przywrócić foka do życia. Rozpoczęliśym swobodny dryf gdzień na NE walcząc z rosnącą falą i próbując rozgryźć problem naszego motoru. Niestety w tych warunkach pomino wszystko nie udało nam się odpowietrzyć instalacji, wydawało się że problem leży gdzieś głębiej i nie zrobimy tego na morzu w tych warunkach. Podjąłem dycyzję o zawinięciu do Władysławowa  jako najbliższy port schronienia i tam naprawę silnika. Kontynuacja rejsu z niesprawnym silnikiem do Szwecji byłaby w mojej ocenie nieroztropna.

Około 5.00 weszliśmy awaryjnie na żaglach do Władysławowa gdzie spędziliśmy a raczej w odniesieniu do tego portu straciliśmy dzień oczekując na pomoc armatora. Jak wjadomo Władysławowo jest mało przychylne żeglarzom, nic tam szczególnego nie ma oprócz nadmorskiego kiczu i barów z kebabem w okolicy portu. Na pokładzie też prywatności zero kto był ten wie. Zjedliśmy wedzoną rybę, krótki spacerek po miescie i oczekiwanie na naszego zbawcę. Armator zjawił się w końcu koło 18.00, stwierdził że układ rozszczelnia się gdzieś koło zbiornika wyrównawczego z filtrem i wyciął go z instalacji chłodzenia. Po tym zabiegu silnik działał i wydawało się że niebezpieczeństwo ponownej takiej sytuacji zostało zminimalizowane. Ponadto dowiedzieliśmy się że w przypadku ponownej awarii należy zdjąć wężyk chłodzenia i zassać wodę z dna..nie była to zachęcająca perspektywa ale wszyscy mieliśmy nadzieję że to tylko „na wszelki wypadek”. Byliśmy w błędzie.

Późnym wieczorem zaraz po wizycie armatora opuściliśmy Władysławowo kierując się do Szwecji, żegluga była spokojna, mijaliśmy statki, pracowaliśmy intensywnie żaglami, a w nocy biliśmy rekordy predkości naszą Lady Octet, predkość dochodziła do 7,9 knt co bardzo nas cieszyło. Rano w niedalekiej odległości od Olandii jak szwedzi mówią [uuuuland] (im wiecej „u” przed tym lepsza wymowa ) wiatr zdechł najpierw tylko niknął a potem dokumentnie 0 do 1 w porywach, zmienił też nieco kierunek przez co szliśmy za bardzo na E od zamierzonego kursu. Tak czy inaczej wyspę widzieliśmy, widzieliśym też białą wieżę latarnii Oelands Soedera Udde. Zdecydowaliśmy się właczyć silnik aby zaoszczędzić kilka godzin bezsensownej halsówki przy słabym wietrze. I tu kolejne zaskoczenie – black out, na całym jachcie nie było energii elektrycznej, nie było nawet piepszonej 1Ah żeby zakręcić kołem zamachowym silnika, nic tu nie pomogły zabiegi przepinania, dopinania rozpinania klem na akumulatorach, kompletny black out bez nadziei na lepsze jutro. Do dziś zastanawiam się jak to możliwe że z dwóch akumulatorów działał tylko jeden a kiedy wyczerpał się nie było już możliwości odpalenia silnika. Nigdzie nie było też korby aby możliwy był rozruch ręczny silnika…po telefonicznym kontakcie z armatorem (na szczęście był już zasięg sieci GSM) dowiedzieliśym się że nie znajdziemy jej nigdzie na pokładzie. Bez wiatru również. Był piękny poranek, kołysaliśmy się leniwie poruszając się z prędkością ok 1 węzła gdzieś na NNE wprost na TSS po którym majestatycznie posuwały się duże statki. Wskaźnik naładowania baterii w laptopie z naszą nawigacją wskazywał 88%, nasza jedyna nadzieja poza papierowymi mapami których nie chciałem narazie wyciągać. trzeba było zacząć oszczędzać energię, do ręcznego GPS wprowadziłem najważniejsze waypointy i mielizny tak na wszelki wypadek no i port który był naszym celem – Gronhogen. I nagle powiew szcześcia dosłownie 2B z zachodu (dobre i to). Wytężyliśmy wszystkie nasz zmysły łapiąc każdy powiew tej lekkiej bryzy i nawigując maksymalnie krótką drogą aby dostać się w rejon Kalmarsundu. Mieliśmy dużo szcześcia. Po ok 4 godzinach weszliśmy bezpiecznie po raz kolejny na żaglach do portu. Ciszą leniwego południa w pełnym słońcu przywitał nas Grönhögen. Co za ulga.

Po dokonaniu niezbednych napraw elektryki, ładowaniu akumulatorów i naprawie instalacji której gmatwanina kabli pozostawała dla nas niejasna oraz po spacerze po urokliwej miejscowości następnego dnia ruszyliśmy w drogę do Kalmaru. Przypłyneliśmy tam późnym wieczorem spotykając załogę polskiego jachtu Chiron która borykała się podczas swojego rejsu z trzykrotnym pożarem instalacji elektrycznej. Wieczór spędziliśmy niezwykle sympatycznie. Rankiem następnego dnia zwiedziliśmy przepiekne miasto w tym również zamek kalmarski. Po raz pierwszy prawdziwie odpoczęliśmy.

Dalsza część rejsu przebiegała spokojnie, odłozyliśmy się na północ w kierunku szkierów smakując prawdziwej żeglugi. Tekst który ciągle nas bawił a pozostał ze wspomnień po starym kapitanie z Daru Pucka na którym pływaliśmy razem z Łukaszem możnabyłoby zacytować i w tym odcinku naszego rejsu : „To jest żegluuuga”. Rankiem 25.08 weszliśmy w szkiery i przybiliśmy do przystani w Klintemaala. Cudne to miejsce pachnące żywicą z mroźnym świeżym powietrzem. I ta cisza wszechobecna i przejmująca jak na jakiejś dalekiej północy. Leniwie spędziliśmy dzień wygrzewając się w słońcu i spacerując po okolicy. Zweryfikowaliśmy nasze plany – zdecydowaliśmy się skrócić rejs rezygnując z Litwy i Łotwy na korzyść Gotlandii. Czasowo nie byliśmy w najlepszej sytuacji. Ze względu na słabą pracę geniu przy kursach ostrych i dużej sile przechylającej wymieniliśmy ją na foka marszowego który dużo lepiej zachowywał się później na wietrze. Wieczorem tego samego dnia zdecydowaliśmy się przed zachodem słońca opuścić skaliste wybrzerze kontynentalnej szwecji i ruszyć do Visby. Nie wiedzieliśmy jednak że Neptun a raczej nasz jacht po raz kolejny boleśnie zweryfikuje nasze plany. Wychodziliśmy ze szkierów walcząc na silniku z około 1,5 metrową falą przybojową która wytworzyła się w okolicy wypłycenia przy wyjściu na pełne morze. Naszym uszom po raz kolejny dał się słyszeć przeraźliwy pisk i pojawiła się ta sama czerwona lamka świadcząca o awarii układu chłodzenia. Tym razem nie było czasu na zastanawianie się w odległości kabla od nas po obu stronach były liczne skały o które mogliśmy się z łatwością roztrzaskać dryfując bez napędu. Przy głośnych spontanicznych okrzykach których adresatem były kobiety uprawiające nierząd postawiliśmy zmarlowane dotychczas żagle w rekordowym czasie chyba trochę poniżej minuty… tym razem żarty się skończyły trzeba było się wyhalsować z tego leja. Niczego a w szczególności jachtu nie mogliśmy być już pewni. Padła decyzja trudna z mojego punktu widzenia : powrót do domu. W mojej ocenie trudno było założyć że nic złego się już nie stanie a prowizoryczne konstrukcje które od tej pory powstawały na silniku mające zastapić wysłużone obejmy wytrzymają. To było za duże ryzyko, poprostu mieliśmy już dość tej walki. Pożeglowaliśmy do Byxelkrok aby dać sobie czas i ochłonąć.

Rano ruszyliśmy dalej zgodnie z zamierzeniami w dół Kalmarsundem już bez przeszkód, spokojnie. Zatrzymaliśmy się tylko w Bergkvara tuż przed skokiem do Polski. Tym bardziej było nam po drodze wracać do Polski bo w kieszeniach było widać już dno. Na tak długi pobyt u naszego zamorskiego sąsiada nikt z nas finansowo przygotowany nie był, tęskniliśmy za możliwością napicia się piwa w ludzkiej cenie. 10 zł za 0,5l nie było kuszącą propozycją.  Żegluga do polski była spokojna i bardzo przyjemna robiliśmy lekko 5 W przy przyjemnym zachodniem wietrze ok 4B przez co dystans ten pokonaliśmy w 25 godzin. Do łeby Weszliśmy wczesnym rankiem. Witaj Polsko…nie wiem ile wypiliśmy tego dnia i gdzie byliśmy ale było fajnie. To jest żegluuuga!

Potem czekał nas 70 milowy przeskok do Gdańska nie mieliśmy szczególnie ochoty na Sopot szczególnie że czas naglił, a zmęczenie jachtem dawało o sobie znać głównie na płaszczyźnie psychicznej – bez wyjątku u kazdego z naszej czteroosobowej załogi. Pokonaliśmy go w większości na silniku ze względu na słaby wiatr z W. Myślę że każdy czuł niedosyt pomimo zrobieniu tylu setek mil. Były to jednak mile puste podczas których kręciliśmy się w kółko walcząc ze sprzętem.

Pewnym pocieszeniem w całej naszej historii był fakt że armator przychylił się do naszej prośby i zwrócił nam 50% ceny czarteru. Myślę że spodziewał się tego.

Po rejsie pozostaną tylko miłe wspomnienia i tych kilka fotografii wykonanych przez wiernego towarzysza – żeglarza – kolegę Przemysława „Kraja”. Zdjęcia są oczywiscie jego własnością udostepniam je na stronie za jego zgodą.

Po tym rejsie mam nauczkę, chyba na resztę swojego żeglarskiego życia – koniec z tanimi budżetowymi czarterami. Jacht a w szczególności dobry i sprawdzony jacht to podstawa udanego rejsu, druga jego część to załoga – ludzie. Ten drugi element w naszym przypadku był naszą siłą. Wszyscy bez wyjatku spisali się na medal. Dziękuję !


Responses

  1. „koniec z tanimi budżetowymi czarterami” – AMEN. Cieszę się, że mogłem pomóc w reportażu zdjęciami.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: