Napisane przez: adam | 17/08/2014

Morze Bałtyckie – Alandy, Szkiery Sztokholmskie 15 dni


Z : Sztokholm do Gdańsk (26.07.2014 – 09.08.2014)
Wypływane godziny : 124 (636 Mm)
Odwiedzone porty : Marienhamina, Sandhamn, Nynashamn, Fyrudden, Vastervik, Kalmar, Gronhogen, Władysławowo Jacht : s/y Argo V ( Pegaz 969 )

Zgodnie z tradycją również w trakcie tegorocznego rejsu zmieniliśmy trasę. Nie dla nas i naszego „dzielnego” jachtu dalekie podróże do Finlandii, Estonii… Mimo naszych szczerych chęci i  dużej determinacji nie odważyliśmy się popłynąć na Wschód. Nie zmienia to faktu że rejs trzeba zaliczyć do ciekawych i udanych wypraw pomimo braku osiągnięcia zamierzonego celu. Zamiast wspomnianych wyżej miejsc zobaczyliśmy przepiękne szkiery sztokholmskie, wykąpaliśmy się w orzeźwiającej słodkiej wodzie wśród setek wysepek, odwiedziliśmy również Alandy i wypoczęliśmy w słonecznym Vasterviku. Niestety… Jacht bo o niego rozbiły się nasze dalekosiężne plany przejęliśmy w Sztokholmie w stanie co najmniej złym. Zdjęcia na stronie armatora oraz opis można włożyć między bajki. Cena czarteru również nie wskazywała na tak zły stan techniczny. Brak bieżącej wody (uszkodzona pompa wody słodkiej), brak gazu (cztery puste polskie butle gazowe), brak ładowania akumulatorów na postoju (uszkodzony prostownik) skutecznie ochłodziły nasz zapał już pierwszego dnia rejsu to dopiero początek zmartwień. Niestety z firmy od której czarterowaliśym jacht nie pojawił się nikt. Jacht przejmowaliśmy bezpośrednio od zaprzyjaźnionego z firmą kapitana który pływał na jachcie przez ostatnie 2 tygodnie. Niestety rozłożył tylko ręce i mam wrażenie że współczuł nam serdecznie. Sam zmagał się również z podobnymi problemami.

Pierwszy dzień który wg. planu zamierzaliśmy spędzić na zwiedzaniu Sztokholmu musieliśmy przeznaczyć na zakupy i naprawę jachtu. Dzięki pomocy przypadkowo spotkanych ludzi oraz ich otwartości udało nam się znaleźć sklep żeglarski oraz dokonać podstawowych zakupów aby uruchomić bieżącą wodę oraz podłączyć ładowanie baterii. Dzięki pomocy rodziny jednego z członków załogi w Sztokholmie mieliśmy również pożyczony gaz – bo nowej butli kupić nam się nie udało. W międzyczasie odkryliśmy również inne rzeczy które niestety spowodowały że nie mogliśmy mieć zaufania do jachtu takie jak wyskakująca manetka silnika, wyciekający olej z przekładni koła sterowego czy brak map…a właścieiwe brak aktualnych map bo znajdujące się na jachcie mapy generalne nierzadko pochodziły z lat 80′ i 90′ ubiegłego wieku. Dzięki staraniom poprzedniej załogi dysponowaliśmy za to dobrymi mapami szkierów oraz wysp alandzkich. Nie bez znaczenia był tutaj brak radiopławy EPIRB oraz brak tratwy ratunkowej które podkopały nasze poczucie bezpieczeństwa i ostatecznie wpłynęły na planowaną trasę. Jacht z którym wiązaliśmy duże nadzieje okazał się wyposażony jak do pływania po Zatoce Gdańskiej a nie jak na pełnomorską wyprawę.

Drugiego dnia po dokonaniu napraw, załadowaniu butli gazowej mięliśmy wreszcie kilka godzin na zwiedzanie Sztokholmu. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę mariny Vasahamn przy Djurgardsvagen skąd mieliśmy ledwie 200 m do museum statku Vasa. Vasa – okręt Szwedów z 1628 roku podniesiony z dna w połowie XX wieku przedstawia się imponująco. Warto było zobaczyć w pełnej krasie dzieło XVII wiecznej techniki. Dalej ruszyliśmy na zwiedzanie Sztokholmu – miasto przepiękne, czyste z wieloma uroczymi zakątkami przypominającymi momentami Wenecję. Chciałoby się zostać jeszcze co najmniej 3 dni.

Ruszamy dalej w nocy jesteśmy już na szkierach mijając cały czasu duże promy płynące do Sztokholmu około godziny 6.00 mijmy lewą burtą Furusund (ostatni przyczółek przed wyjściem na morze) Jeszcze kilka godzin i za rufą nikną nam najdalej położone wysepki a przed dziobem rozpościera się morze nazywane pieszczotliwie przez Niemców  Alandsee. Jest kompletna flauta idziemy na silniku towarzyszą nam inne jachty fińskie i szwedzkie zmierzające na północny wschód dopiero około 10.00 nieco się rozwiewa i suniemy w baksztagu 5-6 węzłów wchodząc między skalistymi wysepkami na szlak wiodący prosto do Marienhaminy. Późnym popołudniem jesteśmy już na Alandach. Prysznic, obiad, sauna i jesteśmy gotowi na zwiedzanie miasta. Spacer po mieście przekonał nas że nie jesteśmy już w Szwecji. Nadal czysto, schludnie i spokojnie ale domy już nie te, jakby większe, z przewagą   Dobrze że mieliśmy jeszcze zapas szwedzkiego piwa bo ceny tych trunków na wyspach są na tyle wysokie że włosy stają dęba. Z braku czasu niestety nie weszliśmy na pokład flagowego oldtimera wyspiarzy (jedynego z portem macierzystym na landach) – zbudowanego na początku XX wieku barku „Pommern”.

Decydują się na powrót do Szwecji skierowaliśmy się w stronę szkierów sztokholmskich wiał S z siłą 3 B późnym wieczorem zacumowaliśmy do skał gdzie spędziliśmy noc.

Rano po kąpieli w orzeźwiającej niemal słodkiej wodzie ruszyliśmy na południe. Niestety wiatr i tym razem nie sprzyjał nam – utrzymywały się południowe kierunki które zmuszały nas do częstego używania silnika w wąskich miejscach. Odkryliśmy także pewne problemy z halsowaniem się tym jachtem. Prawdopodobnie dzięki niezbyt przemyślanej „budzie” sterówki, niewłaściwemu doborowi ożaglowania do tej jednostki oraz wynikającym z tego problemem z trymowaniem żagli jacht niechętnie szedł do wiatru wielokrotnie przekonywaliśmy się że kąt 120 stopni to maksimum co mogliśmy uzyskać. W rywalizacji z innymi jachtami przegrywaliśmy . Tak czy inaczej wieczorem tego dnia stanęliśmy w Sandhamn. Pomimo starań nie znaleźliśmy nawet kilku metrów kei i stanęliśmy na kei dla rezydentów nieco na uboczu.  Urocze miasteczko z rozrzuconymi wśród pagórków drewnianymi domami między którymi wiją się zielone dróżki jakby na chwilę cofnęło nas w czasie o co najmniej 100 lat. Atmosfera spokoju i niczym nie zmąconej idylli to chyba najtrafniejsze co można powiedzieć o tym mieście. W okolicach mariny gdzie tłoczą się żeglarze i nieliczni tutaj turyści panuje za to gwar i radosna atmosfera. Warto przypłynąć tutaj – jeżeli będziecie gdzieś w okolicy naturalnie.

Kolejny dzień był wyjątkowo ciężki nadal wiało z S tym razem wiatr nieco wzmógł się do siły 4B i skęcił na SSW w związku z czym nasze próby halsowania się przynosiły bardzo mizerny efekt i tym razem również musieliśmy wspomagać się silnikiem aby dotrzeć na czas do Gdańska. Po drodze oczywiście multum jachtów płynących we wszystkie możliwe strony i piękne wysepki a na nich domy i rezydencje Szwedów – obraz jak z bajki. Wiele trudów tego dnia czekało na nas jeszcze – wreszcie zmęczeni dotarliśmy do Nynashamn które planowaliśmy osiągnąć już znacznie wcześniej a czas zaczął naglić. Jeżeli wiatr się utrzyma będziemy mieli spore problemy. Wszyscy byliśmy źli na pogodę że cały czas wiatr wieje w mordę i na jacht…że nie chce pływać ostro.

Rano po śniadaniu wybraliśmy się na spacer po mieście piwo i odpoczynek były konieczne a zmęczenie nieco dało się nam we znaki. Mimo to pełni nadziei z mapami kupionymi od sympatycznych Szwedów zdecydowaliśmy się wyjść na noc by zyskać trochę czasu. Wiatr przygasał i zmienił kierunek ciągnęliśmy spokojnie 2-3 knoty gdzieś na południe. W nocy martwa fala nie dała I wahcie wytchnąć i zdecydowaliśmy się ukryć przed nią na kotwicy. Rano ruszyliśmy dalej tym razem wiatr z każdą godziną był coraz lepszy i robiliśmy 4-5 węzłów nawet bez konieczności halsowania się – zaczęło podwiewać z ESE! Zrobiliśmy tego dnia jeszcze może trzydzieści mil by stanąć na noc wśród wysp na wysokości Valdemarsviku. Jeszcze tylko alarm kotwiczny na GPS i można chyba udać się na czujny spoczynek. Nic bardziej mylnego w nocy zaczęło burzowo dmuchać a jacht począł początkowo tańczyć i w końcu zerwał kotwicę. Ponowne jej zarzucenie również po krótkiej chwili poskutkowało jej zerwaniem w strugach deszczu piorunów i grzmotów w niewielkiej zatoczce manewrowaliśmy celem przeczekania najgorszego. Po ustaniu deszczu gdy zobaczyliśmy trochę więcej po raz trzeci rzuciliśmy kotwicę i czekaliśmy tak do świtu. Rano ruszyliśmy w stronę Fyrudden by odpocząć i oporządzić siebie a przede wszystkim zjeść coś.

W Fyrudden dokonaliśmy niewielkich podstawowych napraw, opróżniliśmy zenzę i zjedliśmy śniadanie. Wyruszyliśmy zgodnie z założeniem po południu by osiągnąć wieczorem Vastervik do którego odwiedzenia zachęcali nas spotkani w Nynashamn szwedzi. Wiatr sprzyjał, żegluga szła nieźle wiało z ESE i około północy byliśmy w Vasterviku. Po trudach ostatnich dwóch dni Vastervik z sauną i dość dużym jak na warunki mariny basenem był dla nas prawdziwą mekką. Odpoczynek, pływanie, sauna, SubWay i zwiedzanie to to czego brakowało nam. Ładowaliśmy akumulatory nie tylko te na jachcie.

Rankiem następnego dnia po 30 godzinach postoju ruszyliśmy do Kalmaru. I tym razem wiatr nam sprzyjał wieczorem w Kalmarsundzie rozpętała się burza gdzie porywy wiatru który dotychczas wiał z siłą 4-5 B z NW szacowaliśmy na 7 B. Około 1 metrowa fala rozbudowała się nawet tutaj na płyciźnie gdzie głębokości nie przekraczały 10m. Widocznośc w deszczu pogarszała się na szczęście bliskość brzegów osłoniła nas przed najgorszym uderzeniem. Myśl o tym jak nasz jacht w taką burzę poradziłby sobie na morzu mroziła nam krew w żyłach a świadomośc braku tratwy i radioławy tylko pogarszała stan psychiczny przed koniecznością pokonania 100 Mm ze Szwecji do Polski. Tradycyjnie w nocy weszliśmy do Kalmaru.

Rano pośpieszne zwiedzanie miasta, zakupy, obiad i ruszamy dalej czując już że to ostatnie dni rejsu – nieuchronnie zmierzaliśmy do Polski.

Piękny słoneczny dzień trochę jakby na pożegnanie ze Szwecją wiatr 3 B z SW i suniemy z Kalmaru do Gronhogen który jest najbardziej wysuniętym na południe portem na Olandii. To tylko 23 Mm i wieczorem jesteśmy już na miejscu. Miłe spotkanie z załogą Andromedy którzy także wybrali Gronhogen jako port – katapultę do Polski. Wyszli wcześniej koło 2200. My planowaliśmy wyjść koło 0200 aby na Świt mijać TSS. Zostało nam więc kilka godzin aby odpocząć, przespać się no i oczywiście zjeść sowita kolację.

Wychodzimy ze Szwecji zgodnie z planem. Wiatr początkowo ok 3B z W słabnie by przez większość trasy podwiewać z kierunków zmiennych z siłą 1-2 B i znowu kataryna…Do Władysławowa wchodzimy po około 30 godzinach żeglugi.

Szok to był psychiczny wielki. Przypłyneliśmy oto do innego świata godzie z kupę i mycie rąk trzeba zapłacić oddzielnie. Turystyczny koszmar, syf, kiła i mogiła. Najlepsza z tego była wędzona ryba – polecam brzuszki z dorszy do kupienia w sklepie rybnym nieopodal portu ( „Szkuner”) warto kupić do tego świeże kajzerki i śniadanie jak marzenie takie polskie Fischerbrotchen. Staliśmy tam 4h bo za 6 już kazali płacić uwaga 48 zł. A co jest w cenie – postój i prąd. Śmiechu warte. Pozostawie to bez komentarza.

Wiatr 0 B z kierunków zminneych. „Nie dość że nie wieje to jeszcze w mordę”. Wchodzimy wieczorem 8.08.2014 do mariny Gdańskiej. Spacer po mieście, polska pizza i toast na jachcie za rejs.
Następnego dnia po przejściach z Armatorem (pozostawię je dla siebie bo już i tak dużo na wstępie napisałem) kończymy nasz rejs.

Zmęczeni ale ostatecznie szczęśliwi z trasy jaką przebyliśmy oraz z zobaczonych przepięknych miejsc wracamy do domu…

Zdjęcia autorstwa Aleksandry Chojnackiej


Responses

  1. Panie kolego, albo Stockholm (przez „h”) albo Sztokholm (też przez „h”)

    • 100% racji już poprawiam


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

%d bloggers like this: